Efekt Cantillona – dlaczego nie liczy się ile pieniędzy powstaje, tylko kto dostaje je pierwszy

Efekt Cantillona – dlaczego nie liczy się ile pieniędzy powstaje, tylko kto dostaje je pierwszy
Nowy pieniądz nigdy nie trafia do wszystkich naraz i po równo. Ci najbliżej jego źródła bogacą się, zanim ceny zdążą wzrosnąć, a ostatni w kolejce płacą rachunek w postaci droższego życia. To efekt Cantillona. W artykule wyjaśniamy, jak działa ten mechanizm i co mówi o Twoim miejscu w kolejce po nowy pieniądz.

Paryż, rok 1719. Szkocki finansista John Law przekonał regenta Francji, że zrujnowany skarb państwa da się uratować jednym pomysłem. Wystarczy drukować papierowy pieniądz i sprzedawać akcje spółki, która miała zbić fortunę na koloniach nad Missisipi. Pieniądz popłynął szerokim strumieniem, akcje drożały z tygodnia na tydzień, a cały Paryż oszalał na punkcie szybkiego bogacenia się.


Wśród grających był irlandzki bankier Richard Cantillon. W teorie Lawa nie wierzył – widział bańkę, która musi pęknąć. Rozumiał jednak coś, czego nie dostrzegał rozgorączkowany tłum. Najwięcej zarabia ten, kto stoi najbliżej źródła nowego pieniądza, i to on powinien wyjść pierwszy. Kupił akcje wcześnie, sprzedał na szczycie, zamienił zysk na złoto i po cichu wytransferował majątek z Francji. Gdy w 1720 roku bańka pękła, John Law uciekał z kraju jako bankrut okryty hańbą. Cantillon wyszedł z tego jako multimilioner.


Dopiero lata później przelał to, co zobaczył, na papier. W eseju, który William Stanley Jevons nazwał potem „kolebką ekonomii politycznej”, opisał mechanizm, który sam wcześniej rozegrał. Nowy pieniądz nigdy nie dociera do wszystkich naraz i po równo. Ci, którzy dostają go pierwsi, bogacą się kosztem tych, do których trafia na samym końcu. Dziś nazywamy to efektem Cantillona. W tym artykule pokażemy, jak ten mechanizm działa, dlaczego tłumaczy, czemu ceny mieszkań i akcji potrafią rosnąć szybciej niż Twoja pensja, i co mówi o miejscu, które zajmujesz w kolejce po świeżo wydrukowane pieniądze.

Czym jest efekt Cantillona?

Efekt Cantillona to zjawisko ekonomiczne opisujące, jak nowy pieniądz wprowadzany do gospodarki rozchodzi się nierównomiernie. Nie trafia do wszystkich w tym samym momencie ani w tym samym tempie, więc nie podnosi też wszystkich cen naraz. Wędruje przez gospodarkę określoną drogą, a to, gdzie wchodzi i kogo dosięga najpierw, decyduje o tym, kto na nim zyska, a kto straci.


Najważniejsza jest tu zmiana perspektywy. Zwykle pytamy, ile pieniądza powstało i o ile przez to wzrosną ceny. Cantillon zwrócił uwagę na coś zupełnie innego. Liczy się nie tyle sama ilość, co kolejność – to, kto dostaje nowy pieniądz najpierw, a do kogo dociera on dopiero na końcu łańcucha.


Różnica jest konkretna i widać ją w portfelu. Pierwsi odbiorcy wydają świeży pieniądz, zanim ceny zdążą zareagować, więc kupują jeszcze po starych, niższych stawkach. Zanim ten sam pieniądz dotrze do ostatnich w kolejce, ceny zdążyły już wzrosnąć i za ten sam nominał można kupić mniej. Sama struktura obiegu pieniądza po cichu przesuwa więc bogactwo od jednych do drugich, bez żadnego jawnego podatku ani decyzji, którą dałoby się zaskarżyć.

Richard Cantillon – bankier, który zarobił na tym, co później opisał

Richard Cantillon był irlandzko-francuskim bankierem i ekonomistą żyjącym na przełomie XVII i XVIII wieku (urodził się około 1680 roku, zmarł w 1734). Działał w Paryżu w czasie, gdy John Law przekształcał finanse Francji w gigantyczny eksperyment z papierowym pieniądzem. Cantillon nie był jednak zwykłym uczestnikiem tej gorączki. Należał do ścisłego grona graczy najbliżej centrum wydarzeń, a jednocześnie patrzył na nie chłodnym okiem sceptyka.


Co ciekawe, nie podzielał wiary Lawa w to, że dodruk pieniądza może uleczyć gospodarkę. Uważał te pomysły za z gruntu błędne. Ale rozumiał, jak system działa od środka i gdzie tkwi jego słaby punkt. Wiedział, że pierwsi sięgną po świeży pieniądz i akcje, zarobią, a cała konstrukcja prędzej czy później runie. Dlatego grał z zimną głową – wszedł wcześnie, wyszedł na czas i zamienił papierowy zysk na złoto, zanim reszta zorientowała się, że trzyma w rękach bezwartościowe kwity.


Dopiero po latach przelał te obserwacje na papier. Jego rozprawa Essai sur la nature du commerce en général, napisana około 1730 roku i wydana dopiero pośmiertnie w 1755, była jedną z pierwszych prób wyjaśnienia, jak naprawdę krąży pieniądz w gospodarce. To właśnie tam Cantillon opisał mechanizm, który dziś nosi jego nazwisko. Tekst okazał się na tyle przenikliwy, że ekonomiści wracają do niego do dziś, choć od jego powstania dzieli nas niemal trzysta lat.


Życie Cantillona skończyło się równie zagadkowo, jak przenikliwe były jego analizy. W maju 1734 roku jego londyński dom spłonął doszczętnie. Najpowszechniejsza wersja mówi, że został zamordowany przez własnego kucharza, który okradł go i podpalił dom, by zatrzeć ślady. Sprawę gmatwał fakt, że znalezione, zwęglone ciało było pozbawione głowy, co kazało niektórym podejrzewać, że za pożarem kryje się coś więcej. Kilku służących stanęło przed sądem, ale wszystkich uniewinniono. Człowiek, który dokładniej niż ktokolwiek przed nim opisał, jak pieniądz przepływa między ludźmi, sam zniknął w okolicznościach, których nigdy do końca nie wyjaśniono.

Jak działa mechanizm – kto pierwszy przy pieniądzu

Żeby zobaczyć, jak to działa, trzeba porzucić wygodne wyobrażenie, że nowy pieniądz spada na wszystkich równo, jak deszcz. W rzeczywistości wchodzi do gospodarki w jednym punkcie i dopiero stamtąd rozchodzi się dalej, przechodząc z rąk do rąk. A skoro ma swój początek, to ma też swoją kolejkę.


Współcześnie ten początek jest dość konkretny. Nowy pieniądz tworzy bank centralny i jako pierwsze sięgają po niego banki komercyjne oraz instytucje finansowe. Od nich trafia do rządu i dużych firm, które mogą tanio pożyczać. Ci z kolei wydają go na aktywa, nieruchomości, inwestycje i wynagrodzenia. Dopiero na samym końcu tego łańcucha stoją zwykli ludzie – pracownicy, emeryci, oszczędzający – do których świeży pieniądz dociera w formie nieco wyższych pensji czy świadczeń, jeśli w ogóle.


I tu pojawia się sedno efektu Cantillona. Ten, kto jest pierwszy w kolejce, wydaje nowy pieniądz, gdy ceny są jeszcze stare. Kupuje akcje, ziemię czy całe firmy, zanim rynek zdąży zauważyć, że pieniądza w obiegu przybyło. Im dalej w kolejce, tym ceny zdążyły bardziej wzrosnąć, bo poprzednicy już je swoim popytem podbili. Ostatni w szeregu dostaje więc pieniądz, który realnie jest już mniej wart niż w chwili, gdy powstał.


Skutek jest taki, że bogactwo po cichu przesuwa się w stronę początku kolejki. Nie dzieje się to przez żaden jawny podatek ani odgórną decyzję, którą można by oprotestować. To po prostu konsekwencja tego, w jakiej kolejności pieniądz przepływa przez gospodarkę. Warto przy tym podkreślić, że to nie jest teoria spiskowa o garstce ludzi knujących w ukryciu. Cantillon opisał strukturę, a nie zmowę. Zwykła kolejność dostępu do nowego pieniądza wystarczy, żeby jednych systematycznie wynosić wyżej, a innych zostawiać w tyle.

Współczesny Cantillon – dodruk pieniądza, ceny aktywów i Twoja pensja

Najlepszy współczesny przykład efektu Cantillona rozegrał się na naszych oczach. Gdy w 2020 roku wybuchła pandemia, banki centralne na całym świecie zareagowały dodrukiem pieniądza na skalę bez precedensu w nowoczesnej historii. W gospodarki popłynęły biliony, a stopy procentowe spadły niemal do zera. Teoretycznie miało to ratować zwykłych ludzi i firmy. W praktyce nowy pieniądz, zgodnie z regułą Cantillona, najpierw trafił tam, gdzie zwykle, czyli do systemu finansowego i na rynki.


Efekt było widać w cenach aktywów. Amerykańska giełda, mierzona indeksem S&P 500, urosła w 2021 roku o ponad 28 procent, mimo że gospodarka dopiero podnosiła się z pandemicznego szoku. Jeszcze wyraźniej zachowały się nieruchomości. Ceny domów w USA wzrosły w 2021 roku o blisko 19 procent, najwięcej od ponad trzech dekad. Kto już posiadał akcje albo mieszkanie, patrzył, jak jego majątek pęcznieje niemal sam z siebie.


A co z tymi na końcu kolejki? Do nich nowy pieniądz dotarł najpóźniej i w najgorszej formie. Zamiast rosnącego majątku dostali rosnące ceny. W Polsce inflacja, która w 2021 roku wynosiła około 5 procent, rok później skoczyła do ponad 14. Pensje i oszczędności trzymane w gotówce nie nadążały za tym tempem, więc ich realna wartość topniała. To jedna z odsłon szerszego zjawiska, o którym pisaliśmy przy długoterminowym cyklu zadłużenia. Ten sam strumień pieniądza, który jednym powiększał majątek, drugim po cichu wyjadał siłę nabywczą.


To jest właśnie efekt Cantillona w czystej, współczesnej postaci. Nie chodzi o to, że ktoś kogoś okradł. Chodzi o to, kto stał bliżej miejsca, w którym nowy pieniądz wchodził do gry. Posiadacze aktywów byli blisko początku kolejki i zyskali. Ludzie żyjący z pensji i oszczędności stali na jej końcu i zapłacili rachunek w postaci droższego życia. Mechanizm opisany w XVIII wieku zadziałał co do joty trzysta lat później.

Lyn Alden i odrodzenie Cantillona

Przez większą część historii Cantillon pozostawał postacią zapomnianą, a jego esej krążył głównie wśród garstki ekonomistów. Prawdziwy powrót zawdzięcza dwudziestowiecznej szkole austriackiej, która uczyniła z niego jednego ze swoich patronów. Murray Rothbard, jeden z jej najgłośniejszych przedstawicieli, nazwał Cantillona wprost „ojcem założycielskim nowoczesnej ekonomii” i przypominał, że napisał on pierwszy traktat ekonomiczny ponad cztery dekady przed słynnym Bogactwem narodów Adama Smitha. Sam Carl Menger, twórca szkoły austriackiej, trzymał egzemplarz eseju Cantillona w swojej bibliotece.


Dziś koncepcję na nowo spopularyzowała Lyn Alden, amerykańska analityczka makroekonomiczna. W wydanej w 2023 roku książce Zepsuty pieniądz (oryg. Broken Money) używa efektu Cantillona, żeby wyjaśnić, dlaczego tworzenie nowego pieniądza przez banki centralne najbardziej służy tym, którzy są blisko jego źródła, czyli wielkim bankom, dużym korporacjom i grupom dobrze ustawionym politycznie. Alden zwraca uwagę na zjawisko, którego Cantillon nie mógłby przewidzieć w XVIII wieku. Coraz więcej dziedzin życia, od mieszkań przez ochronę zdrowia po edukację, zamienia się w aktywa finansowe, których ceny napędza ten sam strumień taniego pieniądza.


Nie jest przypadkiem, że Cantillon wraca do łask właśnie dziś. Jego teoria stała się ulubionym narzędziem zwolenników „twardego pieniądza” oraz krytyków banków centralnych, a w ostatnich latach także środowisk związanych z kryptowalutami. To pokazuje siłę jego idei, ale każe też zachować ostrożność. Ta sama koncepcja bywa bowiem używana nie tylko do wyjaśniania świata, ale i do forsowania konkretnych tez. I właśnie dlatego warto przyjrzeć się jej z drugiej strony.

Krytyka i ograniczenia

Efekt Cantillona brzmi przekonująco, ale uczciwość każe dodać, że nie wszyscy ekonomiści zgadzają się co do jego siły. Mało kto podważa sam kierunek, czyli to, że nowy pieniądz rozchodzi się nierówno. Spór dotyczy skali. W realnej gospodarce na ceny i nierówności wpływa naraz tyle czynników, że wyizolowanie czystego efektu Cantillona i zmierzenie go w liczbach jest bardzo trudne. Krytycy zwracają uwagę, że łatwo przypisać tej jednej zasadzie zjawiska, które mają wiele różnych źródeł.


Druga ważna uwaga dotyczy tego, że nie każda emisja pieniądza działa tak samo. Wiele zależy od tego, jakim kanałem nowy pieniądz wchodzi do gospodarki. Inaczej rozkłada się korzyść, gdy bank centralny skupuje obligacje od instytucji finansowych, a inaczej, gdy rząd wypłaca pieniądze bezpośrednio obywatelom, jak działo się to z częścią pandemicznych transferów. Recepta „drukują, więc bogaci zyskują” jest więc zbyt uproszczona. Wszystko rozbija się o to, kto i jak ten pieniądz rozdziela.


Jest też trzeci powód do ostrożności, o którym wspomnieliśmy wcześniej. Efekt Cantillona bywa dziś hasłem wytrychem w sporach ideologicznych. Przeciwnicy banków centralnych i zwolennicy alternatywnych form pieniądza chętnie sięgają po niego jako po dowód, że cały system jest z gruntu zepsuty. Mechanizm opisany przez Cantillona jest prawdziwy, ale to nie znaczy, że trzeba kupić razem z nim całą doczepioną do niego ideologię. Warto umieć oddzielić chłodną obserwację o przepływie pieniądza od gorącej agitacji, która się do niej przykleja.

Wyzwanie dla Ciebie


Przez najbliższy tydzień spójrz na własne finanse oczami Cantillona i zadaj sobie jedno pytanie. Gdzie w kolejce po nowy pieniądz właściwie stoisz? Wypisz, w czym trzymasz swoją wartość, ile w gotówce na koncie, ile w aktywach takich jak mieszkanie czy inwestycje, a ile w swoich umiejętnościach i zdolności do zarabiania. Potem zastanów się, co stanie się z każdą z tych rzeczy, gdy pieniądza w systemie znowu przybędzie. Co zwykle drożeje, a co po cichu traci na wartości?

Nie chodzi o to, żeby na tej podstawie podejmować pochopne decyzje finansowe ani gonić za każdą modą inwestycyjną. Chodzi o samą świadomość. Gdy następnym razem usłyszysz w wiadomościach o dodruku pieniądza, obniżkach stóp czy kolejnym pakiecie pomocowym, nie potraktujesz tego już jako odległej abstrakcji. Zobaczysz konkretną kolejkę i zadasz sobie pytanie, które większość ludzi pomija. Czy ten strumień popłynie najpierw w moją stronę, czy dotrze do mnie dopiero wtedy, gdy ceny zdążą już wzrosnąć?

Podsumowanie


Historia Richarda Cantillona ma w sobie pewną ironię. Człowiek, który jako pierwszy tak dokładnie opisał, jak nowy pieniądz przepływa między ludźmi, sam zbił na tym mechanizmie fortunę, zanim zdążył nadać mu nazwę. Zrozumiał zasadę wcześniej, niż ją zapisał. Nam zostawił jedno i drugie – fortunę jako dowód, że miał rację, oraz pojęcie, które po trzystu latach wciąż tłumaczy świat.


A tłumaczy go zaskakująco dobrze. Efekt Cantillona przypomina, że pytanie „ile pieniędzy drukują” jest mniej ważne niż pytanie „kto dotyka ich pierwszy, a kto ostatni”. To kolejność, a nie sama ilość, decyduje o tym, czyj majątek rośnie, a czyja pensja topnieje. Te same banknoty, które jednych wynoszą w górę, innym po cichu odbierają siłę nabywczą.


Najważniejsze jest to, że ta świadomość nie jest wiedzą zarezerwowaną dla ekonomistów. To soczewka, przez którą inaczej widzisz wiadomości o inflacji, narastające nierówności i własne miejsce w całym układzie. Nie zmieni jednym ruchem Twojej sytuacji, ale odbiera nowemu pieniądzu jego pozorną niewinność. A gdy raz zobaczysz tę kolejkę, nie potrafisz już przestać jej dostrzegać.

Udostępnij: