Kontrastowanie mentalne – dlaczego wizualizacja sukcesu potrafi go oddalić

Kontrastowanie mentalne – dlaczego wizualizacja sukcesu potrafi go oddalić
To brzmi jak herezja wobec pozytywnego myślenia, a jednak badania są bezlitosne. Im przyjemniej wyobrażasz sobie sukces, tym częściej go nie osiągasz. Kontrastowanie mentalne pokazuje, dlaczego samo marzenie usypia i jak zderzyć je z przeszkodą, żeby wreszcie ruszyć z miejsca. W artykule wyjaśniamy ten mechanizm i jak stosować metodę WOOP w praktyce.

Zamknij na chwilę oczy i zobacz to naprawdę wyraźnie. Dzień, w którym odbierasz awans. Podpisaną umowę, na którą czekałeś miesiącami. Sylwetkę, o jakiej marzysz. Skończoną książkę z Twoim nazwiskiem na okładce. Czujesz ten przyjemny dreszcz, to ciche „sukces jest już prawie mój, wystarczy sięgnąć”? Popularna psychologia od dekad powtarza to samo. Wyobraź sobie sukces wystarczająco żywo, a zaczniesz go przyciągać.


Jest tylko jeden problem. Wiele badań pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Im przyjemniej i bardziej szczegółowo ludzie wyobrażają sobie osiągnięcie celu, tym częściej… go nie osiągają. Studenci, którzy z rozkoszą fantazjowali o wymarzonej pracy, dostawali potem mniej ofert. Pacjenci, którzy widzieli siebie już zdrowych, wracali do formy wolniej. Marzenie, zamiast dodawać sił, po cichu je zabierało.


A jednocześnie, i tu robi się naprawdę ciekawie, istnieje druga półka badań, mówiąca, że wizualizacja jak najbardziej działa. Że sportowiec, który setki razy przećwiczył ruch w głowie, wykonuje go lepiej. Że obraz samego siebie potrafi realnie zmienić to, co jesteśmy w stanie osiągnąć. Więc jak to w końcu jest? Wizualizacja to potężne narzędzie czy piękna pułapka?


Odpowiedź jest przewrotna. Jedno i drugie naraz, a wszystko zależy od tego, co dokładnie sobie wyobrażasz i co robisz zaraz potem. Różnicę między marzeniem, które usypia, a wizualizacją, która napędza, opisała psycholożka Gabriele Oettingen i zamknęła ją w zaskakująco prostej metodzie kontrastowania mentalnego, znanej w praktycznej wersji jako WOOP. W tym artykule przyjrzymy się, dlaczego samo pozytywne myślenie potrafi sabotować Twoje cele, co mówią o tym badania, jak wizualizacja trafiła z gabinetu chirurga plastycznego prosto do kultu „prawa przyciągania”, a na końcu, jak korzystać z niej tak, by naprawdę pchała Cię do przodu.

Czym jest kontrastowanie mentalne

Kontrastowanie mentalne to technika myślowa, w której najpierw pozwalasz sobie wyobrazić spełnione marzenie, a zaraz potem świadomie zderzasz je z przeszkodą stojącą między Tobą a tym marzeniem. Nie chodzi o to, by dłużej i przyjemniej fantazjować, lecz by po chwili marzenia zapytać uczciwie, co konkretnie Cię powstrzymuje.


Twórczynią tej koncepcji jest Gabriele Oettingen, psycholożka pracująca na Uniwersytecie Nowojorskim i Uniwersytecie w Hamburgu. Ponad dwie dekady poświęciła próbie odpowiedzi na jedno pytanie. Co tak naprawdę dzieje się w głowie człowieka, gdy ten myśli o swojej przyszłości? Odpowiedź, do której doszła, podważa większość tego, co słyszeliśmy o „sile pozytywnego myślenia”.


Oettingen rozróżnia dwa zupełnie różne sposoby myślenia o celu. Pierwszy to oddawanie się fantazji, po angielsku indulging. To czyste rozkoszowanie się obrazem sukcesu, w którym wszystko już się udało i nic nie stoi na przeszkodzie. Drugi to kontrastowanie, czyli zestawienie tego samego obrazu z twardą rzeczywistością. Z pozoru różnica jest kosmetyczna, w praktyce jedno usypia, a drugie popycha do działania.


Ta kolejność nie jest przypadkowa i właśnie ona odróżnia kontrastowanie od zwykłego zamartwiania się. Kiedy zaczynasz od przeszkód, zostajesz z samym zniechęceniem. Kiedy trwasz przy marzeniu, zostajesz z pustą przyjemnością. Dopiero marzenie postawione tuż obok przeszkody tworzy w głowie napięcie, coś w rodzaju „chcę tego, a to mi stoi na drodze”. I to napięcie, jak się okaże, jest cenniejsze niż jakiekolwiek dobre samopoczucie.


Żeby dało się z tego korzystać bez znajomości teorii, Oettingen przełożyła kontrastowanie na cztery praktyczne kroki i nazwała je WOOP, od słów Wish, Outcome, Obstacle, Plan, czyli życzenie, rezultat, przeszkoda, plan. Do samej metody wrócimy pod koniec, bo żeby zrozumieć, czemu te cztery litery działają, trzeba najpierw zobaczyć, jak spektakularnie potrafi zawieść samo marzenie.

Paradoks pozytywnych fantazji – gdy marzenie zabiera energię

Zanim przejdziemy do liczb, trzeba rozdzielić dwie rzeczy, które w potocznym myśleniu zlewają się w jedno. Czym innym jest oczekiwanie sukcesu, oparte na Twoim doświadczeniu i realnej ocenie szans, a czym innym fantazja o sukcesie, czyli samo przyjemne przebywanie w obrazie spełnienia. Oettingen pokazała, że to pierwsze zwykle pomaga, bo ludzie, którzy realnie spodziewają się powodzenia, faktycznie osiągają więcej. Problem zaczyna się przy tym drugim, przy czystym rozmarzeniu, i to ono okazało się cichym złodziejem energii.


Najgłośniejszy dowód przyniosło badanie, które Oettingen przeprowadziła razem z Thomasem Waddenem w 1991 roku. Grupa dwudziestu pięciu otyłych kobiet przystąpiła do rocznego programu odchudzania, a na starcie zmierzono, jak bardzo każda z nich rozkoszuje się wizją swojej szczupłej przyszłości. Wynik po roku był bezlitosny. Kobiety, które fantazjowały najprzyjemniej, zrzuciły średnio o około jedenaście kilogramów mniej niż te, które podchodziły do przemiany z większą dozą wątpliwości i wyobrażały sobie także trudne chwile. Marzenie, które miało dodawać motywacji, po cichu ją rozbrajało.


Ten sam wzorzec Oettingen odnajdywała potem wszędzie, gdzie spojrzała. W badaniu z 2002 roku śledziła losy absolwentów wchodzących na rynek pracy, i ci, którzy najczęściej wyobrażali sobie siebie w wymarzonej posadzie, po dwóch latach mieli na koncie mniej ofert niż ich mniej rozmarzeni koledzy. Pacjenci po wszczepieniu endoprotezy biodra, którzy żywo widzieli siebie już zdrowych, byli po dwóch tygodniach oceniani przez rehabilitantów jako słabiej wracający do sprawności. Studenci, którzy przed egzaminem najmocniej rozkoszowali się wizją świetnej oceny, wypadali gorzej, a przy okazji mniej się uczyli. Zależność powtarzała się w zdrowiu, w pracy, w nauce i w relacjach, u ludzi w różnym wieku i z różnych kultur.


Skąd bierze się ten paradoks? Oettingen tłumaczy go pojęciem mentalnego osiągnięcia. Kiedy bardzo żywo wyobrażasz sobie spełnione marzenie, mózg częściowo traktuje je tak, jakby już się wydarzyło, i wydziela Ci przedsmak nagrody, na którą nie zapracowałeś żadnym wysiłkiem. Da się to nawet zmierzyć. W eksperymentach, w których ludzie oddawali się przyjemnej wizji, spadało im ciśnienie skurczowe krwi, a wraz z nim fizjologiczny poziom energii, jaką ciało mobilizuje do działania. Papieros podnosi to ciśnienie o kilka punktów, a chwila słodkiego marzenia obniża je mniej więcej o połowę tego. Zamiast napięcia, które pcha do przodu, marzenie daje rozluźnienie, które sadza w fotelu.


To jest właśnie ta zła strona wizualizacji, którą wyczuwa każdy, kto kiedyś przemarzył cały wieczór i nie zrobił z tego nic. Fantazja o samym rezultacie rozbraja dokładnie tę siłę, która miała nas do rezultatu doprowadzić. Gdyby na tym kończyła się cała historia, wniosek byłby prosty. Przestać wizualizować i po sprawie. Rzecz w tym, że to nieprawda, bo istnieje też wizualizacja, która daje efekt dokładnie odwrotny. Żeby ją zrozumieć, musimy cofnąć się o pół wieku, do gabinetu pewnego chirurga plastycznego.

Druga strona medalu – Maxwell Maltz i wizualizacja, która działa

W latach 50. do gabinetu doktora Maxwella Maltza, cenionego chirurga plastycznego, trafiał pacjent za pacjentem z tym samym marzeniem. Chcieli nowego nosa, usuniętej blizny, poprawionej twarzy, wierząc, że wtedy wreszcie poczują się dobrze ze sobą. Maltz robił swoje, operacja się udawała i u większości rzeczywiście wraz z nową twarzą przychodziła nowa pewność siebie. Ale część pacjentów wprawiała go w zdumienie. Mieli już prosty, ładny nos, a mimo to dalej czuli się brzydcy i bezwartościowi, dokładnie tak samo jak przed zabiegiem. Zmienił się ich wygląd, lecz coś w środku nie drgnęło.


Maltz doszedł do wniosku, że operuje nie ten obraz, który trzeba. Że obok twarzy z lustra każdy nosi w głowie drugą, wewnętrzną twarz, obraz samego siebie, i to on tak naprawdę rządzi tym, jak się czujemy i co robimy. Tę myśl rozwinął w wydanej w 1960 roku Psychocybernetyce, książce, która sprzedała się w ponad trzydziestu milionach egzemplarzy i uczyniła z niego jednego z ojców całego gatunku poradników. Jego kluczowa teza brzmiała odważnie. Układ nerwowy człowieka nie odróżnia doświadczenia przeżytego naprawdę od wyobrażonego dostatecznie żywo i szczegółowo. Przy okazji to właśnie u Maltza narodził się słynny mit o dwudziestu jeden dniach potrzebnych na wyrobienie nawyku. On sam pisał jednak tylko o tym, że mniej więcej tyle czasu potrzebuje pacjent, by przywyknąć do nowej twarzy, a osoba po amputacji, by przestać czuć fantomową kończynę. O tym, ile naprawdę trwa budowanie nawyku, pisaliśmy osobno.


Brzmi to niepokojąco podobnie do tego, co przed chwilą rozłożyliśmy na łopatki. Skoro mózg bierze wyobrażenie za rzeczywistość, to czym różni się to od szkodliwej fantazji Oettingen? A jednak Maltz nie mylił się do końca, co dziś potwierdza nauka o wyobrażeniu ruchowym. Kiedy człowiek w wyobraźni wykonuje ruch, jego mózg pobudza niemal te same obszary co przy realnym wykonaniu, od kory ruchowej po dodatkowe pole ruchowe. Mentalny trening rzutu lotką, zgięcia palca czy serwisu faktycznie poprawia późniejszy wynik, a połączony z prawdziwym ćwiczeniem przyspiesza naukę bardziej niż sam trening fizyczny. Wyobrażenie ruchowe traktuje się dziś na tyle poważnie, że wykorzystuje się je w rehabilitacji pacjentów po udarze.


Gdzie więc przebiega granica między wizualizacją, która osłabia, a tą, która wzmacnia? W jednym szczególe, który zmienia wszystko. Fantazja Oettingen dotyczy rezultatu, tego, jak cudownie będzie na mecie. Wyobrażenie Maltza i sportowców dotyczy procesu, tego, jak wykonujesz kolejny ruch prowadzący do celu. Marzysz o medalu i słabniesz, bo mózg dostaje nagrodę za darmo. Przechodzisz w głowie przez rzut i stajesz się lepszy, bo mózg ćwiczy realną czynność. Ta sama wyobraźnia raz usypia, a raz trenuje, zależnie od tego, czy pokazujesz jej gotowy sukces, czy drogę do niego. Problem w tym, że gdy ta subtelna różnica wychodzi z laboratorium na ulicę, zwykle ginie bez śladu.

Kiedy wizualizacja stała się kultem

Historia mogłaby się skończyć zdroworozsądkowym wnioskiem o procesie i rezultacie, gdyby wizualizacja została w laboratorium i na sali treningowej. Ona jednak wyrwała się na wolność i zaczęła żyć własnym życiem. Punktem zwrotnym stał się rok 2006, gdy Rhonda Byrne wypuściła najpierw film, a potem książkę pod tytułem Sekret. Napędzony między innymi przez program Oprah Winfrey, Sekret sprzedał się w trzydziestu milionach egzemplarzy, doczekał przekładów na pięćdziesiąt języków i rozniósł po świecie tak zwane prawo przyciągania.


Przesłanie było proste i uwodzicielskie. Wystarczy odpowiednio mocno i z wiarą myśleć o bogactwie, zdrowiu czy miłości, wysyłać we wszechświat właściwe wibracje, a on sam odwdzięczy się, dostarczając to wszystko pod drzwi. Z narzędzia, które u Maltza służyło do treningu, a u Oettingen do uczciwej konfrontacji z przeszkodą, zostało samo przyjemne marzenie. Wycięto z niego dokładnie ten element, który decyduje o skuteczności, czyli działanie. W wielu miejscach wizualizacja zsunęła się w ten sposób do poziomu afirmacji i myślenia życzeniowego, a przy okazji dorobiła się łatki czegoś naiwnego, z czego łatwo się pokpiwa.


Ironia polega na tym, że nauka mówi niemal dokładnie odwrotnie niż Sekret. Bierne rozkoszowanie się przyszłością nie przyciąga jej, lecz oddala, co pokazały badania Oettingen z poprzednich akapitów. Co gorsza, sztandarowe narzędzie tego nurtu, czyli afirmacja, potrafi wręcz szkodzić. W badaniu opublikowanym w 2009 roku Joanne Wood wraz ze współpracownikami poprosiła ludzi, by powtarzali sobie zdanie „jestem osobą godną miłości”. Osobom o wysokiej samoocenie poprawiło to nastrój odrobinę, ale u osób o niskiej samoocenie, czyli tych, do których takie hasła kieruje się w pierwszej kolejności, nastrój wręcz się pogorszył. Zamiast podnosić na duchu, afirmacja boleśnie przypominała im, jak daleko są od ideału.


Nie chodzi o to, żeby wyśmiać ludzi, którzy szukają w wizualizacji nadziei, bo pragnienie lepszego życia jest jak najbardziej zdrowe. Chodzi o to, że nadzieja bez działania prowadzi donikąd, choćby była najżywsza i najpiękniejsza. Kult sprzedał ludziom połowę mechanizmu, tę miłą i usypiającą, a zataił drugą, tę niewygodną, w której trzeba zmierzyć się z przeszkodą i ruszyć palcem. I właśnie po to Oettingen zbudowała swoją metodę, żeby oddać wizualizacji jej realną moc, ale wprząc ją z powrotem w rzeczywistość.

WOOP w praktyce – jak zamienić marzenie w ruch

Cała nauka z tego artykułu daje się zamknąć w czterech krokach, które Oettingen nazwała WOOP. Nazwa to skrót od angielskich słów Wish, Outcome, Obstacle, Plan, a jej siła nie bierze się z żadnego z tych słów osobno, tylko z kolejności, w jakiej po sobie następują. Pierwsze trzy kroki to dokładnie kontrastowanie mentalne, które już znasz, a czwarty dokłada do niego coś, co zamienia postanowienie w gotowy odruch.


Oto co naprawdę dzieje się na każdym z tych czterech etapów.

  • W jak życzenie (Wish) – wybierasz jedno pragnienie, ważne, ale realne, możliwe do spełnienia w rozsądnym czasie. To moment, w którym marzenie jest paliwem, a nie trucizną.
  • O jak rezultat (Outcome) – wyobrażasz sobie najlepszy możliwy efekt spełnienia życzenia i pozwalasz sobie naprawdę go poczuć. Tu wizualizacja robi dokładnie to, do czego jest dobra, rozpala pragnienie i pokazuje, o co toczy się gra.
  • O jak przeszkoda (Obstacle) – następuje zwrot, którego brakuje w każdym poradniku o pozytywnym myśleniu. Zamiast marzyć dalej, pytasz, co w Tobie samym staje na drodze. Nie korki na mieście ani zła passa, lecz Twój własny nawyk, lęk czy wygodnictwo. To jest serce kontrastowania mentalnego.
  • P jak plan (Plan) – zamieniasz przeszkodę w jedno konkretne zdanie w formie „jeśli pojawi się [przeszkoda], to zrobię [reakcja]”.


Ostatni krok nie jest ozdobnikiem, tylko osobnym, dobrze przebadanym mechanizmem. To intencja implementacyjna, którą opracował Peter Gollwitzer, wieloletni współpracownik, a prywatnie mąż Oettingen. Taki warunkowy plan działa, bo z góry oddaje decyzję sytuacji, a nie Twojej sile woli. W chwili pokusy nie musisz się zastanawiać ani ze sobą walczyć, po prostu wykonujesz ruch ustalony wcześniej, na zimno. Napisaliśmy o tej technice osobny artykuł, bo sama w sobie potrafi zdziałać cuda.


Zwróć uwagę, gdzie leży cały ciężar tej metody. Nie w marzeniu, choć od niego zaczynamy, lecz w zderzeniu marzenia z przeszkodą i w gotowej odpowiedzi na tę przeszkodę. Kroki trzeci i czwarty odróżniają człowieka, który „bardzo by chciał”, od człowieka, który wie, co zrobi w środę o ósmej rano, gdy znowu najdzie go ochota, żeby odpuścić. Wizualizacja otwiera drzwi, ale to kontrastowanie i plan przez nie przechodzą.

Wyzwanie dla Ciebie


Przez najbliższy tydzień zrób jeden mały eksperyment i przejdź całe WOOP na kartce, a nie tylko w głowie. Wybierz jedno życzenie, które naprawdę Cię obchodzi, na przykład dokończenie projektu, powrót do treningów albo trudną rozmowę, którą wciąż odkładasz. Najpierw przez chwilę wyobraź sobie najlepszy możliwy efekt i pozwól sobie poczuć jego smak. Potem, zamiast marzyć dalej, zapytaj uczciwie, co w Tobie samym najczęściej staje na przeszkodzie. Na końcu zamień tę przeszkodę w jedno zdanie zaczynające się od słowa „jeśli”, a kończące się konkretnym działaniem.

Zauważ, co dzieje się z Tobą między drugim a trzecim krokiem. Miękkie, przyjemne „ach, jak by było fajnie” zamienia się w twarde, trzeźwe „wiem, co mnie zatrzyma i wiem, co wtedy zrobię”. Ten właśnie przeskok, a nie samo marzenie, jest chwilą, w której cel przestaje być fantazją, a zaczyna być planem. Zrób to z trzema różnymi życzeniami, a poczujesz na własnej skórze różnicę między wizualizacją, która usypia, a tą, która popycha do ruchu.

Podsumowanie


Wizualizacja nie jest ani magią, ani oszustwem. Jest narzędziem, a jak każde narzędzie potrafi pomóc albo zaszkodzić, zależnie od tego, jak się nim posłużymy. Samo rozkoszowanie się obrazem sukcesu usypia, bo daje mózgowi przedsmak nagrody, za którą nie trzeba było zapłacić wysiłkiem. Ta sama wizualizacja, zderzona z przeszkodą i przykuta do konkretnego działania, potrafi z kolei uruchomić energię, o którą sami byśmy siebie nie podejrzewali.


Cała różnica mieści się w tym, czy po marzeniu następuje uczciwe pytanie o przeszkodę i gotowa odpowiedź na nią. Kult pozytywnego myślenia sprzedał ludziom przyjemną, usypiającą połowę mechanizmu i dlatego tak często zawodzi. Nauka Oettingen oddaje drugą połowę, tę niewygodną, która naprawdę popycha do przodu. To nie przypadek, że działa właśnie ta trudniejsza część.


Nie chodzi więc o to, żeby przestać marzyć, tylko o to, żeby nie zatrzymywać się na marzeniu. Wyobraź sobie, dokąd chcesz dojść, a potem odwróć wzrok ku najbliższej przeszkodzie i zdecyduj, co z nią zrobisz. Reszta jest już tylko kwestią pierwszego kroku, którego żaden wszechświat nie zrobi za Ciebie.

Udostępnij: